środa, 25 maja 2011

WARTOŚĆ DOWODU SPADA

FOT. M. BORAWSKI
Po rozmowach polskich prokuratorówz przedstawicielami rosyjskiej prokuratury w Moskwie dowiedzieliśmy się m.in., że niebawem polscy biegli zbadają oryginały czarnych skrzynek. Pytanie: Dlaczego tak późno?
- Należałoby w tej materii uporządkować kilka spraw. Pomijam już wszystkie nieprawidłowości związane z decyzją o wyborze podstawy prawnej śledztwa, tzn. konwencji chicagowskiej, której wybór był już wystarczającą porażką godzącą w interes nie tylko całego postępowania, lecz także w interes narodowy. Tę sprawę na razie zostawiam, o niej już wielokrotnie dyskutowano. Od wielu miesięcy przekonywano nas, że polscy biegli dysponowali zapisem z czarnych skrzynek. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której kopia różni się od oryginału. Ostatnie doniesienia oznaczają, że albo nas okłamywano i rok temu dostaliśmy jakiś niepełny materiał, albo teraz polscy biegli będą badali te zapisy na nowo. Po co mieliby to robić, skoro już zapisy zbadali w ubiegłym roku? Mam ogólnie bardzo krytyczny stosunek do sposobu prowadzenia śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej i postawy polskich organów ścigania, a te ostatnie informacje tylko mnie w nim przekonują. Okazuje się bowiem, że polscy prokuratorzy nie są w stanie zdobyć podstawowego dowodu i dokonać jego analizy. Odnoszę wrażenie, że prowadzone przez polską prokuraturę śledztwo jest jakimś marginesem w sprawie wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Czy materiał, który otrzymała polska strona prawie rok temu, był niepełny? Jeśli nie, to dlaczego dopiero teraz nasi biegli mają dostęp do oryginałów czarnych skrzynek? Czy oryginał jest inny od kopii? Jesteśmy w niezwykle trudnej sytuacji. Po czternastu miesiącach otrzymujemy informację, że polscy biegli "pod nadzorem" rosyjskich ekspertów będą mieli możliwość zbadania oryginałów czarnych skrzynek. Pod nadzorem, czyli niesamodzielnie zbadają podstawowy w śledztwie dowód. Z wymiarem sprawiedliwości mam do czynienia już pięćdziesiąt lat i trudno mi sobie wyobrazić, że polski śledczy ma pracować pod czyimś nadzorem. Czy to oznacza, że jeśli nadzorujący będzie miał jakieś wątpliwości co do wykonywanych przez polskiego biegłego czynności, wówczas będzie miał prawo je przerwać? Nadzór oznacza kontrolę. Albo polska prokuratura ma autonomię, albo jej nie ma i podlega całkowicie woli rosyjskich organów. Mało tego, ten komunikat jest przez polską prokuraturę przedstawiany jako "sukces"...

A trudno sukcesem nazwać sytuację, w której jedna ze stron jest zupełnie zależna od drugiej i musi miesiącami czekać na wgląd do zasadniczych dla śledztwa materiałów...

- Oczywiście. Nie można absolutnie nazwać tego sukcesem. Jaki ma być efekt tych badań? Okazuje się, że zostaliśmy w ubiegłym roku po prostu oszukani.

Nie wiadomo dokładnie, kiedy, ale do Polski ma wrócić wrak samolotu - latem mają rozpocząć się prace nad jego przeniesieniem.
- Moje pytanie brzmi: W jakim celu? Z punktu widzenia postępowania karnego wrak nie ma już żadnego znaczenia. Jako dowód w sprawie powinien on wrócić do Polski już następnego dnia po katastrofie. Samolot Tu-154M był własnością państwa polskiego i tylko ono powinno nim dysponować. Jakie dzisiaj ma znaczenie badanie tego wraku - pociętego, zniszczonego, zardzewiałego, który miesiącami leżał pod gołym niebem? Weźmy pod uwagę przeciętny wypadek drogowy. Biegli mają ustalić, kto za niego odpowiada, kto zawinił. Proszę mi powiedzieć, jakie znaczenie w takim postępowaniu miałaby ekspertyza samochodu dokonana po roku od wypadku - samochodu zardzewiałego, bez jakichkolwiek śladów, które mogłyby być dowodem w śledztwie? Nasi prokuratorzy natomiast chlubią się faktem, że wrak wróci do Polski po kilkunastu miesiącach od katastrofy i będzie przedmiotem badań. To nie jest żaden sukces, ale gigantyczna porażka polskiej strony, w tym przede wszystkim polskiego wymiaru sprawiedliwości! Przekonywanie opinii publicznej, że mamy do czynienia z jakimś sukcesem, jest działaniem czysto propagandowym. Nie przybliżono nas do poznania prawdy nawet o krok. Wciąż tkwimy w tym samym miejscu.

Zwrócony polskiej stronie wrak nie będzie miał już żadnej wartości dowodowej? Według Pana, nie ma szans na to, aby jeszcze zachowały się na nim ślady pomagające ustalić nowe okoliczności katastrofy? Przecież zdarzają się wypadki lotnicze, w których wrak maszyny wydobywany jest po jeszcze dłuższym czasie np. z oceanu, a mimo to prace nad takim wrakiem są podejmowane, ba, ich wyniki bywają nawet kluczowe w śledztwie.
- Jedną z podstawowych czynności śledczych w każdym postępowaniu są oględziny miejsca zdarzenia i przedmiotów, które na tym miejscu się znajdują - to jest rutynowa czynność zarówno w wypadku drogowym, włamaniu, jak i w przypadku katastrofy lotniczej. Pierwszą zasadniczą czynnością jest wykonanie dokumentacji miejsca zdarzenia i oględziny wszystkich przedmiotów, które mają bezpośredni związek ze zdarzeniem. Takie są zasady kryminalistyki. Oczywiste jest, że im wcześniej te oględziny zostaną wykonane, tym mają one większą wartość dowodową. Spójrzmy teraz na wrak rządowego samolotu Tu-154M rozbitego pod Smoleńskiem 10 kwietnia. Wszyscy widzieliśmy nagrania przedstawiające funkcjonariusza służb Federacji Rosyjskiej tnącego i tym samym niszczącego wrak maszyny w niedługim czasie po tragedii. Dopiero po kilku miesiącach ten sam wrak został przykryty brezentem. Moim zdaniem, istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że kluczowe ślady zostały zatarte. Nie twierdzę, że na wraku nie ma żadnych śladów. Dobrze, że on nawet po takim czasie wróci do Polski. Jednakowoż oględziny po czternastu miesiącach nie mogą mieć takich samych rezultatów jak natychmiast po katastrofie. Przytoczyła Pani przykład z maszyną wydobytą z morza po długim czasie od zdarzenia. Owszem, takie sytuacje się zdarzają. W podobnych przypadkach najczęściej wpływ mają czynniki zewnętrzne, nazwijmy je atmosferycznymi. Raczej nie zdarza się, aby wkład w zniekształcenie leżącego w szczątkach na głębokości kilkuset metrów wraku miał czynnik ludzki. Natomiast wrak samolotu był poddawany cięciu i niszczeniu za całkowitym przyzwoleniem konkretnych ludzi. Zatem podstawowy dowód rzeczowy był systematycznie niszczony, a więc jego wartość dla sprawy jest, w mojej ocenie, bliska zeru. Inną wartość dowodową ma badanie wraku samolotu pod kątem pirotechnicznym, laserowym, biologicznym, chemicznym wykonane od razu po katastrofie, a zupełnie inną będzie miało dzisiaj. Podkreślę raz jeszcze: nie uważam, aby wrak, który zawsze był własnością strony polskiej, był zupełnie nieużyteczny. Pragnę tylko zaznaczyć, że jego wartość jako dowodu w sprawie z każdym dniem spada.

Czy nie spotkał się Pan z sytuacją, w której dowód w sprawie pomimo że był zmodyfikowany przez czynniki zewnętrzne i zwrócony po długim czasie - był użyteczny dla śledztwa?
- Oczywiście, że zdarzają się wypadki, w których np. narzędzie zbrodni odnajdywane jest po wielu latach i istnieje szansa, że jakieś ślady wnoszące nowe przesłanki do śledztwa na nim będą. Tutaj jednak mamy do czynienia ze zgoła inną sytuacją: możemy domniemywać, że w przypadku wraku samolotu ślady były celowo zacierane, co w pewnym sensie blokuje obecnie możliwość przeprowadzenia rzetelnych badań. Ślady chemiczne np. są poddawane działaniom atmosferycznym. Upływ czasu - co zupełnie oczywiste - jest niekorzystny dla wartości dowodu.

I wciąż zadajemy sobie pytanie: Czy takiej sytuacji można było uniknąć?
- Prawda jest bolesna: to Rosjanie od początku dyktowali warunki. W normalnych warunkach międzynarodowych, to znaczy, gdyby zdarzenie miało miejsce na terenie innego państwa europejskiego, sprawa wyglądałaby zapewne inaczej. Błędem podstawowym i fundamentalnym było całkowite poddanie się warunkom strony rosyjskiej. Na ile polska strona w ogóle uczestniczy w tym śledztwie? Moim zdaniem, nie uczestniczy. Godzi się tylko na to, co dyktują przedstawiciele Federacji Rosyjskiej. W obecnej sytuacji jest tylko jedno wyjście, aby śledztwo smoleńskie "uratować". Dokonałoby się to, gdyby została powołana międzynarodowa komisja do zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej. Na razie jednak widzimy usilne starania obecnej władzy, aby taka komisja nie powstała. Moim zdaniem, mogłyby ją powołać instytucje Paktu Północnoatlantyckiego - w końcu Polska jest jego członkiem, a na pokładzie rządowego samolotu znajdowali się natowscy generałowie. Taka komisja mogłaby pomóc w śledztwie smoleńskim i - co ciekawe - wskazywało na to wielu zachodnich komentatorów. Rosji bowiem nie zależy na wyjaśnieniu katastrofy, a polska strona staje się całkowicie podległa działaniom strony rosyjskiej.

Z Wiesławem Johannem, sędzią Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, rozmawia Paulina Jarosińska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz